KU SŁOŃCU - samochodowa wyprawa z Polski na granicę z Chinami.
(Maciej Kalarus i Tomasz Stępień)W podróży byliśmy 50 dni i przejechaliśmy 27 tysięcy kilometrów. Byliśmy w piekle. Jak duże jest piekło? – dla nas miało właśnie te kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Wyjechaliśmy z Polski w połowie lipca i przez Czechy, Słowację, Węgry, Serbię, Kosowo, Bułgarię i Turcję dotarliśmy po kilkunastu dniach do granicy z Gruzją. Następnie przejechaliśmy cały kraj Gruzinów, Armenię i Azerbejdżan wzdłuż i wszerz: to pnąc się po górach Swanetii, to przejeżdżając przez rzeki i bagna całego Kaukazu Południowego. Odwiedziliśmy Tbilisi, Erewań oraz azerskie Baku. Byliśmy tam wszędzie. Po dwóch tygodniach wsiedliśmy na statek i przepłynęliśmy Morze Kaspijskie aż po azjatycki ląd Turkmenistanu. Upał sięgnął zenitu. Trzymając się dróg legendarnego Jedwabnego Szlaku przebyliśmy pustynię Kara-kum i dotarliśmy do Uzbekistanu. Odwiedziliśmy wszystkie ważniejsze miasta tego kraju (Chiwa, Buchara, Samarkanda, Taszkient) i następnie przez malowniczą Kotlinę Fergańską wjechaliśmy w górzysty Tadżykistan. Przecięliśmy Syr-Darię i Amu-Darię. Wdrapaliśmy się w najwyższy Pamir zwany Dachem Świata, przejeżdżając przez górskie przełęcze powyżej 4 tys. m. n.p.m. Tego nie można zapomnieć...
Jadąc wzdłuż granicy z Afganistanem dotarliśmy do Kirgistanu. Następnie tuż przy granicy z Chinami dojechaliśmy do miasta Przewalsk, które imię nosi od znanego podróżnika i antropologa Mikołaja Przewalskiego – tam był kres naszej wyprawy. Tam nawróciliśmy. Wcześniej odwiedziliśmy jeszcze Aschabat, Duszanbe i Biszkek. Następnie zaczęliśmy wracać do Europy, na zachód, przez resztę Kirgistanu, całe stepy Kazachstanu aż do Rosji. Tam skierowaliśmy się na południe, odwiedzając wszystkie autonomiczne republiki Północnego Kaukazu: Czeczenię z Groznym, Dagestan, Osetię Północną, Inguszetię i Abchazję. Z Rosji wjechaliśmy na Ukrainę i prostą drogą dotarliśmy przez Lwów do Polski.
Czy można słowem opisać 77 stopni w słońcu, przejazdy przez rzeki, drogi na azymut, śnieg na szczytach? Byliśmy na wojnie z samymi sobą, ze sprzętem, z drogami, które tylko są na mapie. Koła pękały, jak balony w lunaparku. Wróciliśmy zmasakrowani, ale czas goi rany. Gdy jechaliśmy przez Uzbecką Ferganę, nagle z samochodu pędzącego w drugą stronę wypadła torba z pieniędzmi. Wiatr nie ułatwiał zbierania, ale starczyło na hotel i niezłe jedzenie. W Gruzji odcinki dróg w Swanetii były gorsze, niż piesze szlaki w naszych górach. Tunel w Tadżykistanie miał prawie pięć kilometrów: był czarny jak lukrecja, niski jak nasze namioty, a w nim z pół metra wody. A w wodzie niewidoczne dziury – jak wpadło tam koło, czekaliśmy kiedy wóz zatrzyma się na tarczy hamulcowej. Krowy, wszędzie krowy i wielbłądy. W Turkmenistanie za pełny bak paliwa (80 litrów) zapłaciliśmy w przeliczeniu tylko 30 złotych – oni śpią na ropie.
Najgorsze było to, że nie mogliśmy wrócić, nawrócić. Terminowe i jednokrotne wizy nie pozwalały spojrzeć za siebie: byle w stronę Chin. Raz nie mieliśmy już ropy, podjeżdżamy na stację, a sprzedawca mówi, że nie ma paliwa, ale u niego w domu jest, tylko sto procent droższe... Innym razem musieliśmy znaleźć bazę ciężarówek i kierowcy spuścili ze swoich baków potrzebne 60 litrów. Potem, gdzieś indziej, kobieta leje nam na stacji paliwo i cicho mówi: niech pan płaci i szybko ucieka, żeby szef nie widział. W Pamirze rozerwało nam koło: najbliższy bazar był za 1200 kilometrów. Makabra. No i policja, wszędzie policja i łapówki. Gonili nas trzy razy, rekwirowali wóz, grozili aresztem i deportacją. Zabierali prawo jazdy. Potem, po negocjacjach, 10 dolarów albo butelka whisky załatwiała sprawę. W Czeczenii wbiliśmy się w konwój czołgów, gdy po załatwieniu „potrzeby” z leśnego zagajnika nagle wjechaliśmy na drogę pełną wojska. W stolicy Turkmenii co sto metrów stoi policjant i co drugi nas zatrzymywał pytając, czy na dachu, w bagażniku, mamy
rakiety... Wyjeżdżając z Polski nie miałem pojęcia, jaką drogą wrócimy: czy na lawecie, czy samolotem, czy w
pogotowiu...
Jechaliśmy nową Kią Sorento. Na fabrycznych oponach, bez dodatkowego osprzętu. Byliśmy zdani na swój wóz i gdyby nie on – wrócilibyśmy pewnie samolotem. Działało wszystko i nic się nie zepsuło. Kia to samochód do piekła – wjedzie i wyjedzie stamtąd o własnych siłach. Jeżeli nie masz na kogo liczyć, to licz na Kię. Była z nami wszędzie i nie dała się pokonać, choć inne auta obok padały jak komary po
Off.
|